czwartek, 30 stycznia 2014

Rozdział 5

Budzę się w swoim łóżku. To dziwne. Jedyne co pamiętam to ognisko i port. Pocieram dłonią o czoło i próbuje coś sobie przypomnieć. Wstaję szybko z łóżka i dopiero teraz czuję okropny ból w głowie. Mam kaca.
Schodzę na dół, w celu napicia się czegokolwiek, ale mój brat zastawia mi drogę do kuchni.
-Hej, fajnie się wczoraj imprezowało? -pyta mnie Nate. -Mówiłaś, mi że jedziesz zawieść Kim rzeczy, ale już nie wróciłaś. Na dodatek Kim była zupełnie schlana, jak wróciłem z nią do domu, podobnie jak ty, kiedy James cię tu przywiózł. -krzyczy na mnie.
-Nate, zniosę wszystko, tylko się nie drzyj. Błagam. -jęczę i go wymijam.
-Przepraszam okej? Po prostu jesteś strasznie nieodpowiedzialna! Jak mogłaś tak ubrać Kim? Przecież ona ma dopiero 14 lat. -wzdycha.
-Czy mama...
-Nie, nie widziała jej. Położyłem ją od razu spać, ale od rana rzyga, więc powiedziałem mamie, że może mieć jakąś grypę żołądkową.
-Dzięki. -sapię i siadam na blat. -Przepraszam Nate. Powinnam ją pilnować, ale ja...nie wiem. Nie miałam co robić, więc poszłam na ognisko do Jamesa. No i byli tam wszyscy. Mówiłam, że prowadzę, ale James powiedział, że on nie pije i mnie odwiezie, więc wypiłam tylko jeden kubek. Przysięgam, jeden. -mówię.
-To czemu byłaś taka napita?
-Nie mam pojęcia. Wiesz, może w tym kubku nie było piwa, tylko co innego.
-Oh, jesteś po prostu nieodpowiedzialna, tyle. Mam nadzieję, że tak czy inaczej pójdziesz ze mną dzisiaj do Hope? Może wytrzeźwiejesz huh?
-Jestem pewna, że trzy imprezy pod rząd źle się dla mnie skończą. -śmieję się, a chłopak mi wtóruje. -Ale jeśli tak naprawdę chcesz tam ze mną pójść, to chyba nie mam wyjścia. Pójdę.
Na twarz blondyna wkrada się wielki uśmiech.
-Dzięki.
-A jak tam z Alice? Była wczoraj na ognisku i nawet chwilę z nią rozmawiałam, ale potem urwał mi się film. Czemu nie byłeś z nią?
-Nadal jesteśmy pokłóceni. -odpowiada. -Nie chcę o tym gadać.
-To dlatego, że przespała się z innym? -pytam go, na co ten znów się do mnie odwraca.
-Nie przespała się z innym. -twierdzi. -Po prostu się pokłóciliśmy. Czy ty i James się nie kłócicie?
Ta, nawet często.
-Nie. -odpowiadam. -Tak szczerze to on nie traktuje mnie jak swojej dziewczyny, raczej jak przyjaciółkę.
To prawda. Zawsze, od zawsze i na zawsze będzie mnie tak traktował, jednak gdy się go pytam czy jesteśmy razem to ten twierdzi, że tak. Skomplikowane.
-Zauważyłem o wiele wcześniej, ale fajnie że ty też do tego doszłaś.
Uśmiecham się do niego ironicznie i kontynuuje rozmowę.
-Myślisz, że kiedyś, w przyszłości, znajdę sobie chłopaka? -pytam go. -Takiego prawdziwego. Takiego, który będzie ze mną i tylko ze mną.
-Myślę, że tak. Pomimo tego, że umiesz się ostro napić i kochasz imprezy to mam nadzieję, że jakiś chłopak dostrzeże to co jest w tobie.
-A co jest we mnie? -kręce brwiami, na co Nate wybucha śmiechem.
-Cóż...jesteś urocza, no i niesamodzielna, no i leniwa...
-I to ma kręcić chłopaków? -pytam. -Że jestem niesamodzielna i leniwa?
-Uhm, nie skończyłem. Może i jesteś taka, ale jesteś też wyjątkowa. Mimo, że nie chcesz to opiekujesz się Kim. Udajesz, że na niczym ci nie zależy, ale tak naprawdę oddałabyś za nas życie. Przeklinasz, a w głębi duszy upominasz się, że to złe. Zgrywasz twardzielkę, ale tak naprawdę jesteś tylko siedemnastoletnią dziewczyną, która pragnie czegoś więcej od życia.
Moje usta robią się suche, a policzki przybierają malinowy kolor.
-S-skąd to wszystko wiesz?
-Znam cię  od urodzenia Rose. Wiem o tobie wiele rzeczy.
-Zaczynasz mnie przerażać Nate. -uderzam go lekko w ramię i wychodzę z pomieszczenia.
Kim schodzi po schodach, trzymając się za głowę. To pierwszy kac w jej życiu, tak myślę. Dosiada się do mnie na kanapie i patrzy niewinnie.
-Miałaś niczego nie pić. -upominam ją. -Obiecałaś mi.
-Przepraszam Rose, ja...
-Zamknij się. -warczę. -Pozwoliłam ci imprezować, okłamałam Nate'a, zrobiłam z ciebie prawdziwą laskę, a ty się napiłaś, chociaż obiecywałaś, że nie będziesz piła. Masz czternaście lat, nie siedemnaście jak ja. Jesteś jeszcze małolatą, a ja bezmyślnie ci zaufałam. Następnym razem idź z problemami do swojego brata, bo ja ci już nie pomogę.
-Rose. -szepcze, ale ją ignoruję i idę do siebie na górę. Dziś naprawdę nie mam dobrego humoru. Zerkam na wyświetlacz swojego telefonu. Aha, mam już cztery wiadomości.
Jedna jest od Hope, mówiąca, że mam koniecznie przyjść na jej imprezę. Druga jest od mamy, że nie chciała mnie budzić, więc mam zrobić znowu pranie. Trzecia jest od Jamesa, że musimy pogadać, a czwarta jest od Harry'ego, któremu się potwornie nudzi i chce mnie zaprosić na jakiś lunch. Ignoruję wszystkie wiadomości, oprócz Harry'ego i odpisuję mu, żeby był po mnie za godzinę.
Kac czy nie, lubię z nim spędzać czas, a jeśli nadarzy się taka okazja, to nie chcę jej ignorować.
Biorę szybki prysznic, ubieram na siebie czarne, wytarte dżinsy i flanelową kozulę w kratę. Dziś postanawiam się nie męczyć z makijażem, więc zmywam resztki z wczoraj i zostawiam moją twarz w spokoju. Na nogi nakładam czarne trampki converse, a włosy po wysuszeniu zostawiam w naturalnym wyglądzie. Przeglądam się jeszcze chwile w lustrze i stwierdzam, że dobrze dziś wyglądam. Bez makijażu, w starych dżinsach i trampkach. Chyba zacznę się tak ubierać.
Do czarnej torebki pakuję telefon i portfel i przewieszam ją sobie przez ramię. Zerkam na zegarek nad moim biurkiem i orientuję się, że mam jeszcze dziesięć minut, więc chwytam do ręki pilot i zaczynam oglądać telewizję.
Z dołu dobiega dzwonek do drzwi, więc wychodzę z pokoju i słyszę radosny głos Harry'ego.
-Hej Kim. -wita się, jednak ta mruczy coś pod nosem i mnie woła.
Schodzę po schodach i szeroko się uśmiecham. Harry zawsze ubiera się podobnie. Dziś ma na sobie zwykłą, białą koszulkę i czarne dżinsy. Nic specjalnego, ale na nim wygląda to doskonale. Może dlatego, że jest przystojny? Nie wiem.
-Siema Harry. -Nate przybija piątkę z brunetem i chwilę rozmawiają. Czekam niecierpliwie, aż w końcu żegnają się, a ja wraz z Harrym wychodzimy z domu.
-A więc, gdzie idziemy? -pytam go. -Jestem strasznie głodna.
-Pojedziemy do tej fajnej restauracji w Brooklynie. -z Manhattanu do Brooklynu była bardzo długa droga, ale naprawdę warto jest tam jechać, bo ta restauracja to niebo w gębie.
-Okej. -uśmiecham się i wsiadam wgłąb jego auta, gdy otwiera przede mną drzwi.
Zawsze w środku pachnie Harrym. To taki słodki zapach mięty i tytoniu. Chłopak nałogowo pali, to jest jego jedyny minus.
-Ładnie dziś wyglądasz. -komplementuje mnie, na co się lekko rumienię. Nigdy nie lubię jak ktoś mówi o moim wyglądzie, bo nie wiem co mam mu odpowiedzieć. -Mówię serio.
-Dzięki. -dukam, nadal zawstydzona.
-A więc, jak po wczorajszej imprezie? Byłaś nieźle wstawiona. -śmieje się, a ja do niego dołączam.
-Nadam czuję się jak na kacu, ale jest już lepiej. A ty?
-Myślę, że jest nieźle skoro już prowadzę. Słyszałem, że Hope robi dzisiaj imprezę, a ja nie wiem czy pójść. -mówi.
-Dzwoniła do ciebie?
-Ta, i mnie zapraszała, ale powiedziałem, że nie jestem pewny.
Tak. Kiedyś poznałam Harry'ego i Hope na jednej imprezie. Wtedy niezbyt się lubili, ale z czasem zaczęli się tolerować. Nadal dziwi mnie to, że Hope tak po prostu go zaprosiła, ale nie mam do tego głowy. Nie chce mi się o tym myśleć. -A ty idziesz? -pyta mnie po chwili.
-Idę. Obiecałam Nate'owi.
-Ty i Nate na jednej imprezie? -śmieje się krótko.
-Daj spokój, szkoda gadać. Tak czy inaczej, muszę dotrzymać słowa, ale nie wiem jak to się odbije na mnie, bo trzy imprezy pod rząd to nie najlepsze rozwiązanie. Nie chce potem stać przez cały dzień przy kiblu i rzygać dalej niż widzę.
-Ta, właśnie dlatego się nad tym zastanawiam, bo jutro jest domówka u Paula.
Kręcę głową z rozbawieniem. Te imprezy to już nałóg.
-Ja mam dość jak na ten tydzień towarzystwa Paula. Jego wielkie ego pokryje moją nieobecność. -śmieję się. -Niedługo znowu do szkoły.
Chłopak jęknął zirytowany.
-Nie wracam tam, nie nie nie. -uderza w kierownicę, ale widzę jak kąciki jego ust drżą i po chwili unoszą się ku górze.
-Nie idziesz na studia? -pytam zdezorientowana. -Jesteś taki świetny z angielskiego...nie myślałeś o....
-Nie. -przerywa mi. -Szkoła to ostatnie o czym myślę. Wakacje dopiero się zaczęły. Błagam, nie wspominaj o tym na razie.
Kiwam głową.
Rozumiem, że nie lubi szkoły, ale halo...mamy siedemnaście lat. Ja wysłałam już pięć zgłoszeń do różnych szkół. Nauka odrobinę mnie obchodzi, bo od niej zależy czy resztę życia spędzę w biurze z mopem w ręku, albo w biurze za biurkiem. To duża różnica.
-Okej, zmieńmy temat. -rzucam nagle, bo nie chcę się z nim kłócić.
-Myślisz, że już zawsze będziemy się przyjaźnić? -pyta mnie, zatrzymując samochód.
To pytanie zbiło mnie z tropu.
Faktycznie, od przedszkola trzymałam się z Harrym. Wszędzie byliśmy razem. Wspierał mnie, dodawał otuchy, spędzał każdą możliwą godzinę. Razem odrabialiśmy lekcje i chodziliśmy na przerwach do parku, naprzeciwko budynku naszej szkoły. Nawet mieliśmy swoje wspólne drzewo, pod którym zawsze siedzieliśmy.
Nigdy nie myślałam, że może mnie coś z nim rozdzielić. Zawsze byłam zdania, że będziemy aż do śmierci najlepszymi przyjaciółmi.
Zabija mnie myśl, że może pójść do innej szkoły niż ja, po wakacjach. Że powiemy sobie 'żegnaj' i już nigdy się nie zobaczymy. Za dużo mnie z nim łączy, żeby się z nim rozstawać.
Zanim się dobrze rozejrzałam usiedliśmy w stoliku na rogu, a chłopak złożył już dwa takie same zamówienia. Bez wątpienia znał mnie najlepiej jak można znać drugą osobę. Mam nawet wątpliwości czy moja mama zna mnie tak jak on.
Zdałam sobie sprawę, że nadal mu nie odpowiedziałam.
-Myślę, że zawsze będziesz moim przyjacielem Harry. -odpowiadam. Chłopak przez chwilę zatapia się w myślach, ale chwilę potem wraca do rzeczywistości.
-A co będzie jak po wakacjach będziemy musieli się rozdzielić?
-Nie mam pojęcia. -mówię zgodnie z prawdą. -Ale masz moją obietnicę, że nigdy o tobie nie zapomnę.
Łzy szczypią mnie w oczy. Chłopak chwilę patrzy się w inny punkt, ale potem znów spogląda na mnie.
Nie myślałam, że ten lunch będzie taki poważny.
-Nigdy nie przypuszczałem, że to powiesz.

środa, 29 stycznia 2014

Rozdział 4

Wsiadam znów do samochodu i patrzę na brata. Jego wyraz twarzy nic nie mówi.
Dopiero teraz można zobaczyć jak bardzo się od siebie różnimy. Jestem brunetką po tacie. Lubię imprezy, alkohol. Może chciałabym jakiejś miłej odmiany, czegoś więcej, ale hej nie narzekam.
Kim jest blondynką po mamie. Zawsze jest grzeczna, może pomijając to że teraz przechodzi przez tak zwany bunt, nadal jest grzeczną dziewczynką mamusi.
Nate jest ciemnym blondynem. Widocznie geny taty próbowały walczyć. Nie wyszło. Jest troskliwy, pomocny. Ma masę przyjaciół i przyjaciółek. Każda moja koleżanka się w nim zakochuje.
Różnice są widoczne. Jedyną cechą wspólną którą mamy to oczy i zamiłowanie do książek+ jesteśmy leniwi.
Oh ironio...nie mogłam być jedynaczką? Życie byłoby prostsze.
-I jak? -pyta się Nate, odpalając silnik samochodu. -Możemy ją tam zostawić?
-Tak. To normalne urodziny. -mówię szybko, bo gdybym powiedziała to wolniej to wyczułby że kłamię.
-Okej. -wdycha powietrze i przeczesuje ręką włosy.
Po odwiedzinach babci wracamy do domu. Rozmawiamy na temat imprezy u Hope jutro i decydujemy się iść na nią razem. Ja nie chce iść tam z Jamesem, a Nate nie chce iść z Alice , więc postanawiamy nawiązać kompromis.
-Czemu właściwie nie chcesz iść z Alice? To super dziewczyna. -mówię marszcząc brwi.
-Ostatnio się pokłóciliśmy, tyle.
Kiwam głową.
Mój brat nie jest zbyt rozmowny, a szczególnie jeśli chodzi o jakiekolwiek uczucia.
Wchodzimy do domu, ale coś zaczyna wibrować mi w kieszeni. Odbieram połączenie i słyszę stłumiony płacz.
-Rose?
-Kim? -pytam zdziwiona.
-Czy..-pociąga nosem. -Czy mogłabyś po mnie przyjechać?
-Co się stało? -mówię pół szeptem, żeby Nate nie usłyszał.
-Śmiali się ze mnie. -wybucha jeszcze większym płaczem. -Wszyscy.
Cholera, wiedziałam że tak będzie.
-Okej, będę za dziesięć minut. -informuję ją, a ona rozłącza połączenie. Rzucam telefon w kąt i biegnę do swojego pokoju.
Do sporej czarnej torby wrzucam swoją kosmetyczkę z rzeczami do makijażu i dwie czarne sukienki. Do tego dołącza też prostownica i dwie pary zajebiście wysokich, czarnych szpilek.
Biegnę znów na dół i tłumaczę Nate'owi, że Kim wylała na siebie sok i jadę dać jej inne ciuchy.
Po niecałych dziesięciu minutach jestem na miejscu. Znów wchodzę do środka i uderza we mnie jeszcze gorszy zapach niż godzinę temu. Wszyscy są już nieźle nawaleni i zakładam że też bym była, gdybym tu imprezowała od początku.
Zaczynam szukać Kim, a jakiś chłopak mówi, że jest w łazience. Udaję się tam i pukam do drzwi. Otwiera mi.
Ma całe zapuchnięte oczy, a ramiączko jej sukienki opada na jej ramię.
-Nie zawieziesz mnie do domu? -pyta, ocierając oczy.
-Nie. -mówię. -Najpierw musisz im pokazać, że jesteś moją siostrą.
Blondynka posyła mi słaby uśmiech, a ja biorę się do pracy.
Stroszę jej włosy, na oczy nakładam eyeliner i kredkę oraz mascarę. Usta maluje jej krwistoczerwoną szminką.
-Założ to. -rozkazuję. -Będzie pasowała.
Dziewczyna nakłada moją czarną sukienkę, a ja pomagam jej ją zapiąć. Potem zakłada moje szpilki, a ja dziękuję bogu, że nauczyłam ją na nich chodzić.
-Teraz wyglądasz jak ja. -uśmiecham się do niej. -Chcesz żebym została? -pytam ją, na co ona kiwa głową i mnie przytula.
Po jakimś czasie obydwie wychodzimy z łazienki. Wyglądamy podobnie, jednak różnimy się przede wszystkim wiekiem.
Kim na moim szpilkach jest mojego naturalnego wzrostu, co jest fajne.
-Myślisz, że im się spodobam? -pyta ciągnąc mnie za dół sukienki. Uśmiecham się szeroko. Może i ma mój strój i makijaż, ale nigdy nie będzie mną.
-Po prostu się wyluzuj i bądź odważna. 
Znów podchodzimy do grupki nastolatków. Jedna z dziewczyn wylewa zawartość kubka na podłogę, gdy widzi Kim taką.
Wszyscy nie są w stanie oderwać od niej wzroku.
-Przepraszam, ja chyba po prostu ubrałam nie te ciuchy, które chciałam. -śmieje się Kim. -Wiecie tamta sukienka, to jakaś porażka.
Odwracam wzrok na schody, z których schodzi Sophie w towarzystwie jakiegoś chłopaka. Na oko jest od niej starszy i może nawet starszy ode mnie. Podchodzą do mnie powoli, a ja już chcę stąd uciekać. 
-Ty znowu tu? -pyta się mnie dziewczyna. -Myślałam, że poszłaś. 
-Ta, ja też tak myślałam. -śmieje się. 
-To mój kuzyn, Peter. -przedstawia chłopaka, na co ten podaje mi rękę. -To siostra mojej przyjaciółki, Rose. -mówi. 
-Miło poznać. -odzywa się. Nie wiem czemu jego głos tak na mnie działa, ale zrobiłam się sztywna. 
-Wow Kim, świetnie wyglądasz! -odzywa się znowu Sophie. 
Blondynka szeroko się uśmiecha, po czym patrzy na mnie. Z jej wzroku odczytuje, że mam już sobie iść. Wow, nie no dzięki. Najpierw jej pomagam, a teraz mam zniknąć. Ugh. 
-Kim będe lecieć. Nie chcę ci przeszkadzać, a mam coś jeszcze do załatwienia. -oznajmiam i oddalam się od grupy. 
Wysyłam szybko sms'a do Jamesa, czy jest zajęty, a ten odpowiada mi że jest na ognisku ze swoimi przyjaciółmi, ale mogę wpaść. 
Tak więc odpalam samochód i ubrana jak skończona dziwka jadę do portu. Czemu akurat port? Co jest takiego zabawnego w tym, że ognisko robi się nad wodą? Nie kumam. 
Zatrzymuję się na parkingu, pod drzewem i zgaszam silnik. Nie mogę iść tam tak ubrana, chociaż jeśli są tam dziewczyny to wyglądają podobnie do mnie. Zmywam ze swoich ust czerwoną szminkę, a na ramiona nakładam moją skórzaną, czarną kurtkę. Włosy lekko mi oklapły, a makijaż nie jest już tak widoczny, więc okazuje się że wyglądam w miarę okej. 
Wysiadam z samochodu i porządnie go zamykam. Nie mam ochoty, na to żeby moje piękne białe autko wpadło w niepowołane ręce. 
-Rose! -krzyczy i biegnie do mnie Harry. 
-Harry! -również biegnę, żeby schować się w jego umięśnionych ramionach. 
-Tęskniłem. -mówi, gdy się od siebie odrywamy. -Jak dawno się nie widzieliśmy? 
-Będzie z dwa miesiące. -przyznaję. -Ale tylko dlatego, że nie było cię na wczorajszej imprezie. Było fajnie. 
-Tak, tak. Już James siedzi mi na dupie tyle czasu...miałem poważny problem. 
Wywracam oczami i znów go przytulam. Nie da się ukryć, że Harry to jeden z moich najlepszych przyjaciół. Znam go od dziecka.
-Przybyło ci tatuaży. -mówię i spoglądam na jego ramię, na którym widnieje spore serce. -Aww to serce jest słodkie. Czyżby nasz Styles był zakochany? -żartuję i idę w stronę ogniska. Jest tam więcej ludzi niż przypuszczałam. Jest Britney z różowymi włosami, jest Demi, która wydaję się być wporządku, bo była ostatnio na imprezie. Jest też jakaś dziewczyna której nie znam no i jest Alice, dziewczyna mojego brata plus jakieś dwie dziwki, którę całują szyję Paula.
Wzdycham ciężko i witam się z wszystkimi, siadając pomiędzy Jamesem, a Harrym.
Jeśli chodzi o chłopaków to jest ich też sporo. James i Harry, oczywiście Paul, Josh, który gra na gitarze, Dean, który jest jednym z najprzystojniejszych tutaj. Matt, i jego deska bo jest skatem. Jack, który zawsze najwięcej pije i Dylan, który jest z nas najbardziej ułożony. Jest nas razem chyba dwudziestka.
-Jeśli już nikt do nas nie dołączy to może w coś zagramy? -proponuje Dylan z tym swoim pięknym uśmieszkiem na ustach.
-Myślę, że mogę w coś zagrać. -mówię szybko. -Prawda czy wyzwanie?
-Jestem za. -mówią Jack i Harry jednocześnie.
Po długich namowach wszyscy się zgadzają. A więc zaczynamy.
Pierwszy kręci Matt i pada na Jack'a. Chłopak dostaje wyzwanie, żeby pocałować Demi, na co od razu przystaje i krótko ją całuje. Jack kręci i wypada na Deana. Wybiera prawdę, więc musi odpowiedzieć ile dziewczyn w swoim życiu zaliczył. Rozśmieszyło mnie, że odpowiedział jedenaście. O mój boże.
Harry podał mi jeden kubek piwa.
-Nikt nie odwiezie mnie do domu. -mówię. -Nie mogę pić.
-Ja dzisiaj nie pije, więc możesz. -oznajmia James, na co miło się do niego uśmiecham i odbieram od bruneta kubek.
Dzisiaj nie zamierzam być aż tak pijana, ale cóż, wypić nie zaszkodzi. Są przecież wakacje.

wtorek, 28 stycznia 2014

Rozdział 3

-Już? -pytam znudzona. -Wybrałaś jej coś? 
-Myślę, że ten film jej się spodoba. -mówi, pokazując płytę. 
-To fantastycznie.
Stajemy w dosyć sporej kolejce, a ja zerkam na zegarek na mojej ręce. Mamy tylko pół godziny.
-Musimy się pośpieszyć. -oznajmiam siostrze, na co kiwa energicznie głową. -Powiedz mi, kiedy zmienił ci się humor? -pytam ją, na co ona daje mi kuksańca w żebra, ale też się śmieje. Jednak jeszcze mnie lubi. Nie żeby mnie to obchodziło, ale cieszę się, że jest przynajmniej ktoś.
Nagle czuję jakieś mrowienie na ramieniu, jakby ktoś mnie pukał. Odwracam się i widzę Hope.
-Hope! -piszczę i rzucam się jej w ramiona.
-Jak tam leci? Jakoś dawno nie gadałyśmy. -mówi uśmiechnięta.
-Jest dobrze. Musiałam iść na zakupy z Kim, bo jej koleżanka ma dzisiaj urodziny. Wiesz...ta siostrzana miłość. -śmieję się. -A ty co tu robisz?
-Wiesz, straszna nuda w domu od kiedy Tom jest w college'u.
-Przekaż mu pozdrowienia ode mnie. Mój ukochany kuzyn. -szczebioczę, a kolejka pomału się zmniejsza.
Dziewczyna śmieję się przez chwilę ze mnie, ale zaraz przytakuje. Hope to  w sumie jedyna kuzynka, którą tak bardzo lubię. Zachowujemy się jak siostry. Tom to jej starszy brat, ale w porównaniu do mojego brata jest on bardzo miłym i przystojnym facetem.
-Jak z Jamesem? -pyta po chwili. -Nadal jesteście razem?
-Tak, chociaż ostatnio strasznie mnie denerwuje. Jest zdecydowanie za bardzo opiekuńczy.
-Znam to! Mam dokładnie to samo z Feliksem.
-O. Mój. Boże. Nie mów, że nadal z nim jesteś. -znowu zaczynam się śmiać.
-Nic nie poradzę na to, że jest tak nieziemsko przystojny.
-Jak sobie chcesz. -mówię i słyszę jak Kim jest już przy kasie.
-Hej Kim! -woła do niej Hope, ale ta nie zwraca na nią uwagi. -No tak, ona ani trochę się nie zmieniła. No dobra, musisz już lecieć. Wpadnij do mnie jutro. Robię sporą imprezę. -uśmiecha się.
-Spróbuje. -odpowiadam jej i żegnam się z nią wychodząc z Kim ze sklepu. -Możesz przestać być ciągle naburmuszona? -pytam jej, ale nie dostaje odpowiedzi. Oczywiście.
Wsiadamy do samochodu, zapinamy pasy i jedziemy w stronę domu Sophie. Mijamy bardzo dużo willi i bogatych domów z basenami i wjeżdżamy na tą biedniejszą dzielnicę Manhattanu. Pełno tu syfu, ale dom Soph się wyróżnia. Jest lepiej urządzony, no i przede wszystkim  jest w całości.
-Odprowadzę cię. -mówi Nate. O mało co nie wybucham śmiechem, gdy widzę minę Kim.
-Nie ma mowy Nate! Nigdzie nie idziesz. -żąda blondynka.
-Ktoś musi tam z tobą pójść i zobaczyć czy to nie jakaś impreza z alkoholem. -mówi oschle.
-Boże Nate, stuknęła ci setka, czy jak? -pytam bruneta, na co ten marszczy brwi. -Ona ma 14 lat, nie 10. Da sobie radę.
-Nic z tego. -naciska. -Ktoś musi z nią iść.
-Jeśli tak, to niech to będzie Rose. Ciebie się wszyscy przestraszą. Masz włosy jakbyś uprawiał seks. -krzywi się Kim.
Nie wytrzymuje i wybucham niepochamowanym śmiechem.
-Mówi prawde. -dołączam się do monologu.
-Rose, po prostu z nią tam idź i sprawdź jak to wygląda.
-Dobrze mamo. -żartuje ostatni raz i wysiadam z samochodu.
Razem z Kim, ramię w ramię pokonujemy odległość dróżki od furtki do drzwi w milczeniu. Jedyne co słychać to muzykę, która stopniowo z przybliżeniem dudni coraz mocniej.
-Kim mogłaś mi powiedzieć, że to impreza. -jęczę. -Ubrałabym się lepiej.
Dziewczyna uśmiecha się szeroko.
-Wyglądasz super. -mówi. -Cieszę się, że chociaż na chwilę ze mną wchodzisz. Będą mówili, że mam seksowną siostrę.
Unoszę jedną brew ku górze, ale ignoruje jej komplement. Nie był najlepszy i na pewno nie będę się cieszyć, że banda czternastolatków obliże się na mój widok.
Wchodzimy powoli do środka, a do moich nozdrzy dolatuje zapach wódki i potu. Impreza na całego.
Uśmiecham się widząc Kim przestraszoną. Widocznie  nie jest z mojej krwi.  
-Chodź. Przestawię cię moim koleżankom. -komunikuje mi i ciągnie w tłum. Zauważam po drodze, że impreza nie jest tylko dla czternastolatków. Są tutaj też starsi ludzie.
W końcu stajemy i przed sobą widzę gromadkę dziewczyn z chłopakami. Wyglądają jak dziwki przy mojej siostrze i już mam co do tego złe przeczucia. Będą się z niej śmiały.
-To jest Rose, moja siostra. -mówi do towarzystwa.
-Ładna. -odpowiada jedna z dziewczyn, przeżuwając obleśnie gumę. -Wygląda jak aniołek przy nas. -oświadcza druga.
Unoszę wysoko brwi. One mają 14 lat! O ludzie...
-Przeżyłam więcej imprez niż ty przeżyjesz w całym swoim życiu szmato, więc lepiej uważaj na słowa. Jesteś tylko dziewiczą małolatą, a ja nie pozwolę ci tak o mnie gadać. -przyciskam ją do ściany i po chwili puszczam.
-Dobra, ona żartowała! -rozpoznaje w tym głosie Sophie. Kim od razu do niej dobiega i mocno przytula, wręczając prezent. -Hej Rose.
Tulę jej drobne ciało. Też jest ubrana ździrowato podczas gdy MOJA siostra przyszła tu w sukience w groszki.
-Hej mała. -witam ją uśmiechem. -Okej Kim, ja spadam. Żadnego seksu i dragów. No i nie pij za dużo, okej?
Blondynka robi wielkie oczy i przytakuje. Jest za bardzo sobą, żeby wokół nich przebywać. Zdecydowanie. Już jej współczuję.

Rozdział 2

Po zrobionym praniu postanawiam się trochę przyszykować.
Wybieram dla siebie odpowiedni strój i suszę włosy, po czym je układam. Na twarz nakładam delikatny makijaż i zaczynam się ubierać.
Bawełniana, szara bluzka z rękawem trzy czwarte świetnie się sprawdza z beżową spódniczką. Wkładam bluzkę pod spódniczkę, a na szyję zakładam kilka moich łańcuszków z przywieszkami.
Jestem gotowa. Na stopy wkładam moje brązowe koturny i schodzę na dół.
Przywołuję Kim i Nate'a do porządku i po chwili wszyscy stoimy w holu.
-Czy ty zawsze musisz się ubierać jak dziwka? -pyta mnie Nate, patrząc na mój strój.
-Widocznie nigdy nie widziałeś dziwki braciszku. -odcinam krótko i całą trójką wychodzimy z domu.
Dopiero teraz dosięgam Nathana, a przecież nie jestem niska. To dziwne, że jest aż tak duży.
-Jedziemy moim. -mówi chłopak. -Nie chcę się spalić ze wstydu.
Moje usta forują się  kształtne "o". Mój wóz jest dwa razy nowocześniejszy, a jego to bezduszna terenówa, która śmierdzi.
Ignoruję jego uwagę co do mojego audi i siadam tuż obok niego, na fotelu pasażera. Czekamy jeszcze chwilę, aż Kim da sobie radę z zamknięciem drzwi i ruszamy w drogę.
-A więc...co takiego chce dostać Sophie? -pytam Kim, patrząc na nią przez tylne lusterko.
-Jakiś film. -odpowiada niechętnie.
Ona ma 14 lat. Ja rozumiem, że to okres jakiegoś buntu, czy jakiegoś innego gówna, ale serio?
-Mogłabyś chociaż na mnie spojrzeć? -mówię spokojnie, ale czuję jak moja krew zaczyna niespokojnie pulsować.
Dziewczyna niechętnie na mnie patrzy i wywraca oczami.
-Ja nie jestem twoją matką kurwa i nie będę ci rozkazywać. -mówię coraz bardziej zdenerwowana. -Po prostu...
-Okej. -warczy. -Po prostu mnie tam zawieź, dobra? Niczego więcej od ciebie nie chce. -ałć zabolało.
-Możesz przestać traktować nas jak wrogów? -pyta Nate. -Kim, my jesteśmy rodzeństwem.
-Właśnie widzę jak jesteśmy! Oboje się wyzywacie i mogłabym powiedzieć nienawidzicie, a mnie pouczacie? -krzyczy.
-Daj spokój Nate. Najlepiej będzie jak w ogóle nie będziemy się odzywać. -unoszę ręce ku górze, w oznace kapitulacji.
Mam dość Kim i jej czternastu lat. Pamiętam, że ja w jej wieku byłam idealnie taka sama, a może nawet gorsza. Ciągle wydzierałam się na Nate'a, a on miał wtedy tyle lat co ja teraz i za Chiny nie mógł mnie uspokoić. To było zabawne. Nawet bardzo. A jeszcze zabawniejsze jest to, że znowu przez to przechodzi.
-Przepraszam dobra? Po prostu często wkurwiacie. -mówi. Oboje patrzymy na nią w osłupieniu, przez lusterko, ale jej twarz nie wyraża żadnych uczuć.
-Nie przeklinaj. -upomina ją Nate. -Nie jesteś pełnoletnia.
Blondynka pokręciła głową, śmiejąc się i już na dobre zapadła między nami cisza, której jakoś nie miałam zamiaru zakłócać. Nikt z nas nie miał takiego zamiaru.

poniedziałek, 27 stycznia 2014

Rozdział 1

Wchodzę do domu i po cichu zdejmuje buty. Nie mam zamiaru nikogo budzić. Jest już dobrze po pierwszej.
Kieruję się schodami w górę, aż do mojego pokoju. Zapalam światło, zdejmuję dość skąpą sukienkę i rajstopy oraz całą bieliznę i idę spać nago. Czy to ma jakieś znaczenie?
Następnego ranka budzę się z wielkim kacem. Ogromnym kacem, jak stąd do Hiszpanii. Chwilę zajmuję mi zorientowanie się że nie mam na sobie ubrań, ale w końcu dochodzę czemu tak jest. Patrzę na zegarek przy łóżku. Jest południe.
Wychodzę w pośpiechu z łóżka i biorę długi relaksujący prysznic. Tak, tego właśnie było mi potrzeba. Oddycham spokojnie i umiarkowanie, ale po chwili orientuje się że nie jestem sama w łazience. Wychodzę z kabiny i od razu owijam się bawełnianym ręcznikiem, patrząc na mojego brata. Stoi oparty o framugę drzwi i przygląda się moim skomplikowanym ruchom.
-Gdzie byłaś przez całą noc? -pyta, siadając na umywalce.
-Czy naprawdę aż tak to cię obchodzi?
-Tak. Obchodzi. -odpowiada mi niesympatycznym tonem.
-Powiem ci, o ile dalej będziesz mnie krył przed rodzicami. -szantażuję go. Chłopak przez chwilę przygląda mi się w milczeniu, ale w końcu przytakuje. -Byłam z Jamesem i jego przyjaciółmi na imprezie.
-Tyle zdążyłem się domyślić. -parska. -Gdzie była ta impreza?
-W Brooklynie. -mówię i odpycham go od lustra, bym mogła rozczesać włosy.
-Wiesz, że to było niebezpieczne? Masz siedemnaście lat, a zachowujesz się, jakbyś już była pełnoletnia.
-Prawie jestem. -komunikuje. -W listopadzie będę.
Chłopak kiwa głową przez chwilę nic nie mówiąc, ale w końcu się uśmiecha. Nie mam pojęcia o co mu chodzi, wiec się go pytam.
-Co jest takie zabawne?
-Ty. -mówi. -Ty i twoje żenujące próby bycia dorosłym. Mogłaś iść ze mną na prawdziwą imprezę.
Wtóruję mu w śmiechu, tylko że mój jest ironiczny.
-Ja i ty na imprezie? Razem?
-Jako para zgodnego i pełnego miłości rodzeństwa. -mówi, nadal się śmiejąc.
Jego obecność nie przeszkadza mi w rozebraniu się, więc upuszczam ręcznik na podłogę i idę prosto do mojego pokoju. Ubieram na siebie czarną bieliznę, ciemne dżinsowe rurki i kremowy, luźny sweter. Włosy pozostawiam mokre i idę na dół.
-Dzień dobry. -wita się ze mną mama jej śpiewnym głosem.
-Dobry. -całuję ją w policzek i odwzajemniam uśmiech, po czym siadam do stołu.
-Późno dziś wstałaś, ale w końcu są wakacje. -mówi, nadal uśmiechnięta. -Może pojechałabyś w ten weekend nad morze z Nathanem?
-Może i tak. -odpowiadam jej, przykładając rękę do mojej pulsującej głowy. Kac daje się we znaki. -Pomyślę, okej?
-W porządku.
Kobieta nakłada na talerz dwa naleśniki i podaje mi go na stół. Uśmiecham się do niej, jak tylko mogę, ale wyszedł z tego jakiś grymas.
-Za chwilę muszę zmykać do szpitala. -oznajmia, siadając naprzeciwko mnie przy stole.-Mam do ciebie kilka próśb na ten dzień.
Pokiwałam głową, wkładając do buzi kawałek naleśnika.
-Na początek...musisz zawieść Kim do jej koleżanki na czwartą. No i potem ją odebrać. Gdybyś też mogła to nastaw pranie, które czeka w łazience, no i odwiedź dzisiaj babcię. Ona naprawdę ostatnio źle się czuje.
Kiwam głową, z koncentracją wysłuchując jej słów.
-To tyle? -pytam.
-Tak. Nic więcej nie chcę. Tata wróci z pracy o ósmej, a ja o dziewiątej.
Znów kiwam głową i patrzę jak moja rodzicielka pomału pakuję się do pracy. Ma już na sobie ten ohydny strój lekarzy i spięte włosy. Kto wie...może czeka ją od razu jakaś operacja.
Chwilę zajmuje jej spakowanie torebki, ale w końcu całuje mnie na pożegnanie, tak samo jak Nathana, który właśnie schodzi po schodach i wychodzi z domu, machając do nas ręką.
Czasem nie mogę pojąć, że ona jest moją mamą. Jest taka młoda i beztroska. Niczym się nie przejmuje.
Zdecydowanie nie mam po niej genów.
Zza wejścia od kuchni wyłania się całe moje rodzeństwo. Kim, ubrana w różową bluzkę i dresowe spodnie, i Nathan z fryzurą, jakby przed chwilą uprawiał seks.
Wzdycham ciężko i pakuję talerze do zmywarki, włączając ją.
-Kim. -zwracam się do dziewczyny. -Dzisiaj o czwartej zawozimy cię z Nathanem do koleżanki.
-Tak, są urodziny Sophie. Chciałam pójść, ale nadal nie mam prezentu. -mówi, nawet na mnie nie patrząc. Nastolatki...
-No to pojedziemy godzinę wcześniej po jakiś prezent. -proponuje Nate. -Jeszcze jakieś plany? -pyta, patrząc na mnie.
-Gdy zawieziemy Kim, pojedziemy do babci. Źle się czuje i mama kazała nam do niej na trochę pojechać.
Chłopak kiwa głową, dokładnie tak jak ja chwilę temu.
-No to robimy zbiórkę na dole o drugiej trzydzieści.
Obydwie z Kim się zgadzamy i po kolei każde z nas rozdziela się do swoich zajęć.

Prolog.

Idę środkiem chodnika, pośpiewując znaną mi melodię. Stukot moich obcasów roznosi się po dużej przestrzeni.
Ani jednej żywej duszy o północy? Cóż...co się dziwić.
Po ostatniej wieści w prasie, która mówi, że groźny terrorysta wyszedł na wolność każdy tutaj popadł w paranoję.
Matki odbierają swoje dzieci ze szkół, nieważne ile mają lat.
Ojcowie uczą samoobrony.
Babcie wpajają jedzenie w swoich wnuczków, żeby były silne.
A ja? Co ja tu robię o tej porze?
Powiem jedno: igram ze śmiercią.
To uczucie, że już na niczym ci nie zależy jest przyjemne. Nawet nie macie pojęcia jak.
Zaczynam się cicho śmiać.
-I co terrorysto, gdzie jesteś? -pytam się sama siebie, w przekonaniu, że mówię do niego. -Jestem sama, tylko ja i ty. Zabij mnie. Terrorysto, ukrywasz się? -wydzieram się coraz głośniej, ale nic nie skutkuje. Nadal się nie pojawia. -Nie to, żebym cię akurat potrzebowała. -mówię cichszym tonem i zaczynam się śmiać.
Idiotka, skończona idiotka ze mnie. Chyba za dużo w siebie po prostu wlałam. Oh ten mój okrutny chłopak, nawet nie odprowadził mnie pod dom. Ja, sama, przeciw światu. Żałosne, prawda?
-James? Powinieneś mnie był odprowadzić! -znów wrzeszczę. -Widzisz? Teraz idę sama i zaraz dorwie mnie ten chowający się przede mną terrorysta. -nucę, śmiejąc się. -Ja...bogata dziewczyna z prowincji z perfekcyjnym bratem, siostrą i rodzicami. Tak, dobrze słyszycie chwalę się, CHWALĘ! -wrzeszcze.
W jednej z kamienic, które mijam ktoś otwiera okno i patrzy się na mnie. Jestem daleko, więc pod wpływem alkoholu nie dowidzę płci osoby, ale nie brakuje mi siły w płucach. -Nie śpisz jeszcze o tej porze? -krzycze, oczekując że mi odpowie. Osoba bez płci kręci głową i zaczyna się na mnie wydzierać.
-Albo stąd odejdziesz, albo wzywam policję! -aha, to kobieta. Jakaś okropnie nie miła.
-Spróbuj iść szybko na takich obcasach kurwa! -odpowiadam jej.
-Wzywam policję. -komunikuje mnie ostrzegawczym tonem.
-A może zostawisz baterię w telefonie? Terrorysta może być blisko. -mówię z uśmieszkiem za ustach.
Jednak ta mi już nie odpowiada. Jej wzorzystą odpowiedzią jest samochód policyjny, który podjeżdża pod kamienicę. Podchodzę bliżej nich z rozbawieniem.
-To ty wzywałaś policję? -pyta mnie dosyć wysoki sierżant.
Kręcę głową z rozbawieniem i krótko się przedstawiam.
-Jestem Rose. -wyciągam ku niemu rękę, którą mężczyzna zdziwiony uściska.
-George.
Uśmiecham się do niego przyjaźnie, tupiąc nogą.
-Na co tak właściwie czekasz? -pyta mnie asystent Georga.
-Zaraz się dowiesz, spokojnie. -mówię, ale uśmiech nadal mnie nie opuszcza.
Z drzwi kamienicy wyszła kobieta w różowej piżamie i fioletowym szlafroku z roztrzepanymi włosami. Zdecydowanie nie była piękna, no i zgrabna też nie. Tłuszcz wylewał się jej obcisłych spodni na gumkę, a stopy nie mieściły się w kapciach, ale wiecie co? To wcale nie czyniło jej gorszej ode mnie. Mimo to, że mam na sobie małą czarną, a asystent Georga ciągle gapi się na mój tyłek.
-Ta oto dziewczyna zakłóca ciszę nocną, wydzierając się i przeklinając na moim podwórku. -mówi zaspanym głosem, ciągle spoglądając wrogo na mnie.
-Czy to prawda panienko? -pyta się mnie policjant.
-Oh George, jesteś taki przystojny, gdy robisz się bezwzględny. Takich facetów lubię. Nawet bardzo. -mówię uwodzicielsko, podchodząc bliżej mężczyzny.
On za to przełyka wielką gulę w gardle. Pewnie ma żonę.
-Chyba będziesz musiała pojechać z nami na komisariat. -wydobywa z siebie w końcu zachrypnięty głos.
-Czy to będzie konieczne? -pytam, próbując na nich miny zbitego szczeniaczka. -Ja...ja chciałabym po prostu wrócić do domu. Bez żadnych problemów.
-Czy pan jest głupi? -wybucha kobieta. -Czuć od niej wódką na kilometr.
-A ja myślę, że to jest obraza funkcjonariuszy policji. -mówię rozbawiona, patrząc z litością na kobietę. -Ja przynajmniej jestem dla panów miła.
-Dobra. Niech pani da sobie spokój i wraca do ciepłego łóżka, a my się nią zajmiemy. -mówi znów asystent.
Kobieta powoli doczłapuję się do drzwi i wchodzi przez nie do środka, dziękując im za przybycie o tak późnej porze.
-No i co my z tobą zrobimy, co? -zwraca się do mnie George.
-Małe kazanko i do domku? -pytam.
-Oh dobra. Leć już do domu i niech cię więcej nie widzę. -macha ręką, a ja odwracam się by iść dalej. -Chociaż wcale nie żałowałbym zobaczyć jej jeszcze raz. -mruczy do asystenta.
Czy ja powinnam to usłyszeć?  

niedziela, 26 stycznia 2014

Witajcie!

Myślę, że jeśli zaczynam pisać bloga, należałoby się przedstawić. A więc witajcie!
Kurde...nie wiem co dalej.
Hm, chyba powiem tylko tyle, że będę wdzięczna, jeśli ktoś będzie komentował moje wypociny. Nie będzie źle, zapewniam was.
Historia, troszkę straszna, ale prawdziwa, no i ciekawa. Mnie też ciekawi, a to ja to pisze. Tak, jestem dziwna.
Tak czy inaczej, najlepiej będzie jak nie przeczytacie tego oto posta. Jest dziwny.
Zapraszam serdecznie do przeczytania mojego opowiadanie. DZIĘKUJĘ. ♥