poniedziałek, 27 stycznia 2014

Rozdział 1

Wchodzę do domu i po cichu zdejmuje buty. Nie mam zamiaru nikogo budzić. Jest już dobrze po pierwszej.
Kieruję się schodami w górę, aż do mojego pokoju. Zapalam światło, zdejmuję dość skąpą sukienkę i rajstopy oraz całą bieliznę i idę spać nago. Czy to ma jakieś znaczenie?
Następnego ranka budzę się z wielkim kacem. Ogromnym kacem, jak stąd do Hiszpanii. Chwilę zajmuję mi zorientowanie się że nie mam na sobie ubrań, ale w końcu dochodzę czemu tak jest. Patrzę na zegarek przy łóżku. Jest południe.
Wychodzę w pośpiechu z łóżka i biorę długi relaksujący prysznic. Tak, tego właśnie było mi potrzeba. Oddycham spokojnie i umiarkowanie, ale po chwili orientuje się że nie jestem sama w łazience. Wychodzę z kabiny i od razu owijam się bawełnianym ręcznikiem, patrząc na mojego brata. Stoi oparty o framugę drzwi i przygląda się moim skomplikowanym ruchom.
-Gdzie byłaś przez całą noc? -pyta, siadając na umywalce.
-Czy naprawdę aż tak to cię obchodzi?
-Tak. Obchodzi. -odpowiada mi niesympatycznym tonem.
-Powiem ci, o ile dalej będziesz mnie krył przed rodzicami. -szantażuję go. Chłopak przez chwilę przygląda mi się w milczeniu, ale w końcu przytakuje. -Byłam z Jamesem i jego przyjaciółmi na imprezie.
-Tyle zdążyłem się domyślić. -parska. -Gdzie była ta impreza?
-W Brooklynie. -mówię i odpycham go od lustra, bym mogła rozczesać włosy.
-Wiesz, że to było niebezpieczne? Masz siedemnaście lat, a zachowujesz się, jakbyś już była pełnoletnia.
-Prawie jestem. -komunikuje. -W listopadzie będę.
Chłopak kiwa głową przez chwilę nic nie mówiąc, ale w końcu się uśmiecha. Nie mam pojęcia o co mu chodzi, wiec się go pytam.
-Co jest takie zabawne?
-Ty. -mówi. -Ty i twoje żenujące próby bycia dorosłym. Mogłaś iść ze mną na prawdziwą imprezę.
Wtóruję mu w śmiechu, tylko że mój jest ironiczny.
-Ja i ty na imprezie? Razem?
-Jako para zgodnego i pełnego miłości rodzeństwa. -mówi, nadal się śmiejąc.
Jego obecność nie przeszkadza mi w rozebraniu się, więc upuszczam ręcznik na podłogę i idę prosto do mojego pokoju. Ubieram na siebie czarną bieliznę, ciemne dżinsowe rurki i kremowy, luźny sweter. Włosy pozostawiam mokre i idę na dół.
-Dzień dobry. -wita się ze mną mama jej śpiewnym głosem.
-Dobry. -całuję ją w policzek i odwzajemniam uśmiech, po czym siadam do stołu.
-Późno dziś wstałaś, ale w końcu są wakacje. -mówi, nadal uśmiechnięta. -Może pojechałabyś w ten weekend nad morze z Nathanem?
-Może i tak. -odpowiadam jej, przykładając rękę do mojej pulsującej głowy. Kac daje się we znaki. -Pomyślę, okej?
-W porządku.
Kobieta nakłada na talerz dwa naleśniki i podaje mi go na stół. Uśmiecham się do niej, jak tylko mogę, ale wyszedł z tego jakiś grymas.
-Za chwilę muszę zmykać do szpitala. -oznajmia, siadając naprzeciwko mnie przy stole.-Mam do ciebie kilka próśb na ten dzień.
Pokiwałam głową, wkładając do buzi kawałek naleśnika.
-Na początek...musisz zawieść Kim do jej koleżanki na czwartą. No i potem ją odebrać. Gdybyś też mogła to nastaw pranie, które czeka w łazience, no i odwiedź dzisiaj babcię. Ona naprawdę ostatnio źle się czuje.
Kiwam głową, z koncentracją wysłuchując jej słów.
-To tyle? -pytam.
-Tak. Nic więcej nie chcę. Tata wróci z pracy o ósmej, a ja o dziewiątej.
Znów kiwam głową i patrzę jak moja rodzicielka pomału pakuję się do pracy. Ma już na sobie ten ohydny strój lekarzy i spięte włosy. Kto wie...może czeka ją od razu jakaś operacja.
Chwilę zajmuje jej spakowanie torebki, ale w końcu całuje mnie na pożegnanie, tak samo jak Nathana, który właśnie schodzi po schodach i wychodzi z domu, machając do nas ręką.
Czasem nie mogę pojąć, że ona jest moją mamą. Jest taka młoda i beztroska. Niczym się nie przejmuje.
Zdecydowanie nie mam po niej genów.
Zza wejścia od kuchni wyłania się całe moje rodzeństwo. Kim, ubrana w różową bluzkę i dresowe spodnie, i Nathan z fryzurą, jakby przed chwilą uprawiał seks.
Wzdycham ciężko i pakuję talerze do zmywarki, włączając ją.
-Kim. -zwracam się do dziewczyny. -Dzisiaj o czwartej zawozimy cię z Nathanem do koleżanki.
-Tak, są urodziny Sophie. Chciałam pójść, ale nadal nie mam prezentu. -mówi, nawet na mnie nie patrząc. Nastolatki...
-No to pojedziemy godzinę wcześniej po jakiś prezent. -proponuje Nate. -Jeszcze jakieś plany? -pyta, patrząc na mnie.
-Gdy zawieziemy Kim, pojedziemy do babci. Źle się czuje i mama kazała nam do niej na trochę pojechać.
Chłopak kiwa głową, dokładnie tak jak ja chwilę temu.
-No to robimy zbiórkę na dole o drugiej trzydzieści.
Obydwie z Kim się zgadzamy i po kolei każde z nas rozdziela się do swoich zajęć.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz