czwartek, 30 stycznia 2014

Rozdział 5

Budzę się w swoim łóżku. To dziwne. Jedyne co pamiętam to ognisko i port. Pocieram dłonią o czoło i próbuje coś sobie przypomnieć. Wstaję szybko z łóżka i dopiero teraz czuję okropny ból w głowie. Mam kaca.
Schodzę na dół, w celu napicia się czegokolwiek, ale mój brat zastawia mi drogę do kuchni.
-Hej, fajnie się wczoraj imprezowało? -pyta mnie Nate. -Mówiłaś, mi że jedziesz zawieść Kim rzeczy, ale już nie wróciłaś. Na dodatek Kim była zupełnie schlana, jak wróciłem z nią do domu, podobnie jak ty, kiedy James cię tu przywiózł. -krzyczy na mnie.
-Nate, zniosę wszystko, tylko się nie drzyj. Błagam. -jęczę i go wymijam.
-Przepraszam okej? Po prostu jesteś strasznie nieodpowiedzialna! Jak mogłaś tak ubrać Kim? Przecież ona ma dopiero 14 lat. -wzdycha.
-Czy mama...
-Nie, nie widziała jej. Położyłem ją od razu spać, ale od rana rzyga, więc powiedziałem mamie, że może mieć jakąś grypę żołądkową.
-Dzięki. -sapię i siadam na blat. -Przepraszam Nate. Powinnam ją pilnować, ale ja...nie wiem. Nie miałam co robić, więc poszłam na ognisko do Jamesa. No i byli tam wszyscy. Mówiłam, że prowadzę, ale James powiedział, że on nie pije i mnie odwiezie, więc wypiłam tylko jeden kubek. Przysięgam, jeden. -mówię.
-To czemu byłaś taka napita?
-Nie mam pojęcia. Wiesz, może w tym kubku nie było piwa, tylko co innego.
-Oh, jesteś po prostu nieodpowiedzialna, tyle. Mam nadzieję, że tak czy inaczej pójdziesz ze mną dzisiaj do Hope? Może wytrzeźwiejesz huh?
-Jestem pewna, że trzy imprezy pod rząd źle się dla mnie skończą. -śmieję się, a chłopak mi wtóruje. -Ale jeśli tak naprawdę chcesz tam ze mną pójść, to chyba nie mam wyjścia. Pójdę.
Na twarz blondyna wkrada się wielki uśmiech.
-Dzięki.
-A jak tam z Alice? Była wczoraj na ognisku i nawet chwilę z nią rozmawiałam, ale potem urwał mi się film. Czemu nie byłeś z nią?
-Nadal jesteśmy pokłóceni. -odpowiada. -Nie chcę o tym gadać.
-To dlatego, że przespała się z innym? -pytam go, na co ten znów się do mnie odwraca.
-Nie przespała się z innym. -twierdzi. -Po prostu się pokłóciliśmy. Czy ty i James się nie kłócicie?
Ta, nawet często.
-Nie. -odpowiadam. -Tak szczerze to on nie traktuje mnie jak swojej dziewczyny, raczej jak przyjaciółkę.
To prawda. Zawsze, od zawsze i na zawsze będzie mnie tak traktował, jednak gdy się go pytam czy jesteśmy razem to ten twierdzi, że tak. Skomplikowane.
-Zauważyłem o wiele wcześniej, ale fajnie że ty też do tego doszłaś.
Uśmiecham się do niego ironicznie i kontynuuje rozmowę.
-Myślisz, że kiedyś, w przyszłości, znajdę sobie chłopaka? -pytam go. -Takiego prawdziwego. Takiego, który będzie ze mną i tylko ze mną.
-Myślę, że tak. Pomimo tego, że umiesz się ostro napić i kochasz imprezy to mam nadzieję, że jakiś chłopak dostrzeże to co jest w tobie.
-A co jest we mnie? -kręce brwiami, na co Nate wybucha śmiechem.
-Cóż...jesteś urocza, no i niesamodzielna, no i leniwa...
-I to ma kręcić chłopaków? -pytam. -Że jestem niesamodzielna i leniwa?
-Uhm, nie skończyłem. Może i jesteś taka, ale jesteś też wyjątkowa. Mimo, że nie chcesz to opiekujesz się Kim. Udajesz, że na niczym ci nie zależy, ale tak naprawdę oddałabyś za nas życie. Przeklinasz, a w głębi duszy upominasz się, że to złe. Zgrywasz twardzielkę, ale tak naprawdę jesteś tylko siedemnastoletnią dziewczyną, która pragnie czegoś więcej od życia.
Moje usta robią się suche, a policzki przybierają malinowy kolor.
-S-skąd to wszystko wiesz?
-Znam cię  od urodzenia Rose. Wiem o tobie wiele rzeczy.
-Zaczynasz mnie przerażać Nate. -uderzam go lekko w ramię i wychodzę z pomieszczenia.
Kim schodzi po schodach, trzymając się za głowę. To pierwszy kac w jej życiu, tak myślę. Dosiada się do mnie na kanapie i patrzy niewinnie.
-Miałaś niczego nie pić. -upominam ją. -Obiecałaś mi.
-Przepraszam Rose, ja...
-Zamknij się. -warczę. -Pozwoliłam ci imprezować, okłamałam Nate'a, zrobiłam z ciebie prawdziwą laskę, a ty się napiłaś, chociaż obiecywałaś, że nie będziesz piła. Masz czternaście lat, nie siedemnaście jak ja. Jesteś jeszcze małolatą, a ja bezmyślnie ci zaufałam. Następnym razem idź z problemami do swojego brata, bo ja ci już nie pomogę.
-Rose. -szepcze, ale ją ignoruję i idę do siebie na górę. Dziś naprawdę nie mam dobrego humoru. Zerkam na wyświetlacz swojego telefonu. Aha, mam już cztery wiadomości.
Jedna jest od Hope, mówiąca, że mam koniecznie przyjść na jej imprezę. Druga jest od mamy, że nie chciała mnie budzić, więc mam zrobić znowu pranie. Trzecia jest od Jamesa, że musimy pogadać, a czwarta jest od Harry'ego, któremu się potwornie nudzi i chce mnie zaprosić na jakiś lunch. Ignoruję wszystkie wiadomości, oprócz Harry'ego i odpisuję mu, żeby był po mnie za godzinę.
Kac czy nie, lubię z nim spędzać czas, a jeśli nadarzy się taka okazja, to nie chcę jej ignorować.
Biorę szybki prysznic, ubieram na siebie czarne, wytarte dżinsy i flanelową kozulę w kratę. Dziś postanawiam się nie męczyć z makijażem, więc zmywam resztki z wczoraj i zostawiam moją twarz w spokoju. Na nogi nakładam czarne trampki converse, a włosy po wysuszeniu zostawiam w naturalnym wyglądzie. Przeglądam się jeszcze chwile w lustrze i stwierdzam, że dobrze dziś wyglądam. Bez makijażu, w starych dżinsach i trampkach. Chyba zacznę się tak ubierać.
Do czarnej torebki pakuję telefon i portfel i przewieszam ją sobie przez ramię. Zerkam na zegarek nad moim biurkiem i orientuję się, że mam jeszcze dziesięć minut, więc chwytam do ręki pilot i zaczynam oglądać telewizję.
Z dołu dobiega dzwonek do drzwi, więc wychodzę z pokoju i słyszę radosny głos Harry'ego.
-Hej Kim. -wita się, jednak ta mruczy coś pod nosem i mnie woła.
Schodzę po schodach i szeroko się uśmiecham. Harry zawsze ubiera się podobnie. Dziś ma na sobie zwykłą, białą koszulkę i czarne dżinsy. Nic specjalnego, ale na nim wygląda to doskonale. Może dlatego, że jest przystojny? Nie wiem.
-Siema Harry. -Nate przybija piątkę z brunetem i chwilę rozmawiają. Czekam niecierpliwie, aż w końcu żegnają się, a ja wraz z Harrym wychodzimy z domu.
-A więc, gdzie idziemy? -pytam go. -Jestem strasznie głodna.
-Pojedziemy do tej fajnej restauracji w Brooklynie. -z Manhattanu do Brooklynu była bardzo długa droga, ale naprawdę warto jest tam jechać, bo ta restauracja to niebo w gębie.
-Okej. -uśmiecham się i wsiadam wgłąb jego auta, gdy otwiera przede mną drzwi.
Zawsze w środku pachnie Harrym. To taki słodki zapach mięty i tytoniu. Chłopak nałogowo pali, to jest jego jedyny minus.
-Ładnie dziś wyglądasz. -komplementuje mnie, na co się lekko rumienię. Nigdy nie lubię jak ktoś mówi o moim wyglądzie, bo nie wiem co mam mu odpowiedzieć. -Mówię serio.
-Dzięki. -dukam, nadal zawstydzona.
-A więc, jak po wczorajszej imprezie? Byłaś nieźle wstawiona. -śmieje się, a ja do niego dołączam.
-Nadam czuję się jak na kacu, ale jest już lepiej. A ty?
-Myślę, że jest nieźle skoro już prowadzę. Słyszałem, że Hope robi dzisiaj imprezę, a ja nie wiem czy pójść. -mówi.
-Dzwoniła do ciebie?
-Ta, i mnie zapraszała, ale powiedziałem, że nie jestem pewny.
Tak. Kiedyś poznałam Harry'ego i Hope na jednej imprezie. Wtedy niezbyt się lubili, ale z czasem zaczęli się tolerować. Nadal dziwi mnie to, że Hope tak po prostu go zaprosiła, ale nie mam do tego głowy. Nie chce mi się o tym myśleć. -A ty idziesz? -pyta mnie po chwili.
-Idę. Obiecałam Nate'owi.
-Ty i Nate na jednej imprezie? -śmieje się krótko.
-Daj spokój, szkoda gadać. Tak czy inaczej, muszę dotrzymać słowa, ale nie wiem jak to się odbije na mnie, bo trzy imprezy pod rząd to nie najlepsze rozwiązanie. Nie chce potem stać przez cały dzień przy kiblu i rzygać dalej niż widzę.
-Ta, właśnie dlatego się nad tym zastanawiam, bo jutro jest domówka u Paula.
Kręcę głową z rozbawieniem. Te imprezy to już nałóg.
-Ja mam dość jak na ten tydzień towarzystwa Paula. Jego wielkie ego pokryje moją nieobecność. -śmieję się. -Niedługo znowu do szkoły.
Chłopak jęknął zirytowany.
-Nie wracam tam, nie nie nie. -uderza w kierownicę, ale widzę jak kąciki jego ust drżą i po chwili unoszą się ku górze.
-Nie idziesz na studia? -pytam zdezorientowana. -Jesteś taki świetny z angielskiego...nie myślałeś o....
-Nie. -przerywa mi. -Szkoła to ostatnie o czym myślę. Wakacje dopiero się zaczęły. Błagam, nie wspominaj o tym na razie.
Kiwam głową.
Rozumiem, że nie lubi szkoły, ale halo...mamy siedemnaście lat. Ja wysłałam już pięć zgłoszeń do różnych szkół. Nauka odrobinę mnie obchodzi, bo od niej zależy czy resztę życia spędzę w biurze z mopem w ręku, albo w biurze za biurkiem. To duża różnica.
-Okej, zmieńmy temat. -rzucam nagle, bo nie chcę się z nim kłócić.
-Myślisz, że już zawsze będziemy się przyjaźnić? -pyta mnie, zatrzymując samochód.
To pytanie zbiło mnie z tropu.
Faktycznie, od przedszkola trzymałam się z Harrym. Wszędzie byliśmy razem. Wspierał mnie, dodawał otuchy, spędzał każdą możliwą godzinę. Razem odrabialiśmy lekcje i chodziliśmy na przerwach do parku, naprzeciwko budynku naszej szkoły. Nawet mieliśmy swoje wspólne drzewo, pod którym zawsze siedzieliśmy.
Nigdy nie myślałam, że może mnie coś z nim rozdzielić. Zawsze byłam zdania, że będziemy aż do śmierci najlepszymi przyjaciółmi.
Zabija mnie myśl, że może pójść do innej szkoły niż ja, po wakacjach. Że powiemy sobie 'żegnaj' i już nigdy się nie zobaczymy. Za dużo mnie z nim łączy, żeby się z nim rozstawać.
Zanim się dobrze rozejrzałam usiedliśmy w stoliku na rogu, a chłopak złożył już dwa takie same zamówienia. Bez wątpienia znał mnie najlepiej jak można znać drugą osobę. Mam nawet wątpliwości czy moja mama zna mnie tak jak on.
Zdałam sobie sprawę, że nadal mu nie odpowiedziałam.
-Myślę, że zawsze będziesz moim przyjacielem Harry. -odpowiadam. Chłopak przez chwilę zatapia się w myślach, ale chwilę potem wraca do rzeczywistości.
-A co będzie jak po wakacjach będziemy musieli się rozdzielić?
-Nie mam pojęcia. -mówię zgodnie z prawdą. -Ale masz moją obietnicę, że nigdy o tobie nie zapomnę.
Łzy szczypią mnie w oczy. Chłopak chwilę patrzy się w inny punkt, ale potem znów spogląda na mnie.
Nie myślałam, że ten lunch będzie taki poważny.
-Nigdy nie przypuszczałem, że to powiesz.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz